Baby blues to nie Twoja wina

Baby blues wziął mnie z zaskoczenia. Polska służba zdrowia dała mi z liścia, a presja społeczna sprawiła, że zamiast radości, czułam przygnębienie.


Wróciłam z innego świata. Świata, w którym paracetamol rozdają jak cukierki, a dźwięk laktatora roznosi się po korytarzu o każdej porze dnia i nocy. Do tego nieustanny płacz młodych, niedojrzałych gardeł, które brzmią jak wrzask małego pterodaktyla. Miałam swój Jurasic Park. Pierwsze dni macierzyństwa były równoznaczne ze strachem i bólem, który rozdzierał mi serce od środka. Bałam się przede wszystkim o moją córkę. Ale też o to, czy udźwignę to całe macierzyństwo.

Wiedziałam czym jest baby blues, z czym to się je i jak można na niego zapaść. Co więcej, uczulałam mojego P. by był czujny, gdybym zapadła na ten rodzaj chandry. Nie mylić z depresją poporodową, która jest stanem dłuższym, bardziej złożonym i niebezpiecznym. W związku z tym, że byłam przygotowana teoretycznie, myślałam, że nic mnie nie zaskoczy. A jednak.

Piszę o tym, by uczulić przyszłe mamy. Te, które już są w ciąży oraz te, które dopiero planują powiększenie rodziny. Wszystko dlatego, że baby blues ma dwie poważne przyczyny, pomijane w książkach i całkowicie niezależne od nas. W moim przypadku były kluczowe. Ale zacznijmy od początku.

Co to jest baby blues?

Baby blues to najkrócej rzecz ujmując, smutek poporodowy. Pojawia się mniej więcej  3-5 dni po urodzeniu dziecka (ale może znaczniej wcześniej) i trwa około 2 tygodnie. Jest spowodowany między innymi przez burzę hormonów, która uderza nas podczas porodu. Chodzi tu o adrenalinę i kortyzol produkowane przez organizm w gigantycznych ilościach. Ten wysoki poziom utrzymuje się jeszcze po porodzie, po czym następuje gwałtowny pick w dół. Nic wielkiego by się nie działo, gdyby zaraz po tak wielkim wysiłku jakim jest wydostanie dziecka z macicy, kobieta miała święty spokój. A tu trzeba dziecko ogarnąć i to nie w takim rytmie, jaki nam odpowiada, ale tak jak dyktuje nam nowo narodzony. Około trzeciego dnia adrenalina pomagająca przetrwać te pierwsze doby spada, a wraca zmęczenie i mocna irytacja. Jakby ktoś wyjął nam wtyczkę.

Tyle biologii. Jednak jest coś jeszcze. Na samopoczucie świeżo upieczonej mamy wpływa też masa czynników zewnętrznych, które częściej utrudniają oswojenie się z nową sytuacją, niż wspierają nas w wejściu w rolę rodzica.

Położne nie pomagają

Zastrzegam, że nie dotyczy to wszystkich położnych i nie ma co generalizować. Na pewno jest masa tych empatycznych, które potrafią wesprzeć kobietę, nie osądzać i pomóc w podstawowych sprawach.  Chciałam mieć prywatną położną, ale w szpitalu w którym rodziłam, było to niemożliwe. Musiałam więc zdać się na personel. Oczekiwałam jedynie wsparcia, odpowiedzi na nurtujące pytania. Tymczasem polska służba zdrowia dała mi z liścia.

Nasz pobyt w szpitalu niestety musiał się wydłużyć. Każdego dnia Mała miała robione przeróżne badania, do tego doszła silna żółtaczka. Ten czas i stosunek położnych do świeżo upieczonych mam sprawiły, że mój baby blues był naprawdę silny. Dlaczego? Tzw. pierworódka, jest na pewno bardziej przestraszona niż kobieta, która ma już dzieci i pamięta co z czym i do czego. Nawet jeżeli całą ciążę przeżyła świadomie, edukując się w zakresie opieki nad niemowlakiem, pierwsze przewijanie, ubieranie czy karmienie może być dla niej dużym stresem. Oczekuje więc, że położna pomoże jej przebrnąć przez te podstawowe czynności i będzie chociaż minimalnym wsparciem. Jak było w moim przypadku? Oto kilka soczystych przykładów:

1.Pierwsza doba i pierwsze przewijanie. Pojawiły się oczywiście pytania o pielęgnację i prośba, by położna sprawdziła, czy dobrze wszystko robię. Z wielkim grymasem na twarzy mówiącym “nic nie wiesz”, udzielono mi pomocy. Pytałam o pierwsze karmienia, kupki i inne duperele, a reakcja była identyczna. Na drugi dzień ta sama położna przychodzi do mnie, sprawdza jak zajmuję się Małą i mówi “O dzisiaj już Pani coś wie, bo wczoraj to nic”.
Jak ma się czuć kobieta po takim komentarzu? Czy doda jej siły i dostanie odpowiednie podwaliny do tego, by mieć pewność, że będzie dobrą matką i sobie poradzi?

2. Kolejna położna przyszła na moją prośbę by pokazać, jak przystawiać dziecko do piersi. Potem okazało się, że to była dyplomowana laktatorka. Niestety karmienie nam nie szło. Następnego dnia znowu poprosiłam ją o pomoc. Przyszła, ale na dzień dobry powiedziała “przecież wczoraj pani pokazywałam”. Potem zaczęła mnie krytykować mnie, zakładając że mam zły laktator, chociaż go nie widziała. Do tego zły kapturek, złe przystawienie i nieumiejętne karmienie. Żeby Mała się najadła, wyciskała z moich piersi mleko tak, jakby doiła krowę (miałam nawał). A ja wyłam z bólu. Mogłam pójść na łatwiznę i poprosić o mleko z butelki. Co z resztą niejednokrotnie mi proponowano. Wiedząc jednak jak bardzo istotne jest moje mleko dla zdrowia dziecka, stawałam na rzęsach, by nam się udało. Mogło boleć. Byle jadła. Poza bólem fizycznym, odczułam duży ból psychiczny. Karmienie miało być przyjemnością, naszą intymną chwilą. Później już nigdy nie będziemy tak blisko. Przyznacie, że to, co zafundował mi szpital w sprawie karminie odbiegało od mojego wyobrażenia.

3. Karmienie było tak ważne, bo Mała zanotowała duży spadek wagi, a lekarze nie chcieli nas wypuścić dopóki nie nadrobi kilogramów. Potem pojawiła się silna żółtaczka, więc wypłukanie bilirubiny było dla nas priorytetem. W trakcie obchodu dostałam reprymendę za to, że dziecko mi chudnie zamiast tyć, a konkluzja jest taka, że nie umiem się nim zająć i jestem złą matką. Przez całą dobę pilnowałam więc pór karmienia i długości dostawiania małej do piersi. Na drugi dzień waga pokazała przyrost 250 gramów. Lekarz powiedział, że taki wzrost jest mało prawdopodobny, więc pewnie wczoraj waga im się zepsuła (sic!). Miałam ochotę wszystkich wysadzić w powietrze, skoro to sprzęt był winny, a baty dostałam ja.

4. Kiedy każdy obchód odwlekał nasz wypis, moja frustracja narastała. Byłam zmęczona i załamana. Nie mogłam patrzeć jak Mała przez kilka dób non stop siedzi pod lampami, rączki ma pokłute, a do ciała przyklejony woreczek na mocz. Chciałam, żebyśmy były już w domu. Kiedy przyszła do mnie położna z paracetamolem powiedziała, żebym potraktowała pobyt w szpitalu jak wczasy. Tu jest Pani pod dobrą opieką, a jak coś się dzieje może nas Pani wezwać. W domu już nie będzie tak komfortowo. Jak można porównywać pobyt w szpitalu do wczasów? Tym bardziej, gdy matka trzęsie o dziecko, a lekarze i pielęgniarki nie przynoszą dobrych wieści?

5. W trakcie obchodu lekarz wystawił kolejną diagnozę. Zaczęłam zasypywać go pytaniami, a położna na to “Niech Pan doktor za dużo przy tej Pani nie mówi, bo ona zadaje za wiele pytań”. Jak można powiedzieć coś takiego? Czy nie mam prawa wiedzieć  jaki jest stan mojego dziecka? Gdybym nawet zadawała najgłupsze pytania, powinnam otrzymać odpowiedź.

To tylko kilka przykładów tego, jak położne traktują kobiety po porodzie. Zero empatii, zrozumienia, wsparcia. Tylko ocenianie, krytyka i złośliwe komentarze. Nie jestem odosobnionym przypadkiem. Rozmawiałam z innymi mamami, które leżały razem ze mną i miały podobne doświadczenia.

Położne są z matkami zaraz po porodzie i są pierwszą deską ratunku, której możemy się chwycić. Powinny zdawać sobie sprawę, że jesteśmy przerażone, przemęczone i często bezradne. A nawet jeśli zdają, dotyka je znieczulica, każąca jak najszybciej i najłatwiej odbębnić dyżur. Dlatego uważam, że raz na jakiś czas położne powinny przechodzić kontrolne psychotesty. Mogą być fachowcami w kwestii technicznej, ale jeśli nie potrafią traktować leżącej jak człowieka, to chyba nie są na odpowiednim miejscu.

Presja społeczna

Położne to tylko jeden aspekt sprawiający, że może dotknąć nas baby blues. Jest jeszcze wymagające społeczeństwo. Kobieta, która przed porodem nie miała zbyt dużego kontaktu z małymi dziećmi, nie do końca zdaje sobie sprawę, jak będą wyglądały jej pierwsze dni macierzyństwa. Oczywiście ma jakieś wyobrażenie. Ja też miałam. Założyłam, że moje dziecko nie będzie permanentnie płakać, bo przeczytałam jak je uspokoić (metoda dr Karpa), karmienie nie będzie sprawiało mi bólu, a my szybko wyjdziemy ze szpitala. Przecież to proste. Tak piszą też w książkach. Tak mówią rodzice. Tak jest w reklamach, gdzie uśmiechnięta mama tuli spokojne dziecko. Tak jest też w filmach. Tak, to wszystko jest odrealnione.

Pierwsze dni macierzyństwa to walka. Walka ze spadającymi kilogramami dziecka. Walka o każdy mililitr mleka. To komentarze “musisz”, “źle to robisz” “nie tak”. To surowe i oceniające spojrzenia. To oczekiwanie, że od razu zapałasz bezgraniczną miłością, a z dzieckiem będziesz dogadywać się bez słów. To myślenie, że bez instrukcji obsługi wszystko od razu będziesz wiedziała. W końcu z dzieckiem rodzi się instynkt macierzyński. Ten aspekt nie dotknął mnie tak bardzo jak położne, ale skłamałabym mówiąc, że nie poczułam się nieco rozczarowana tym co zastałam. Rzeczywistość okazała się nieco inna i bardziej brutalna niż obraz, który stworzyłam w głowie.

baby-blues-blog

Co czuje kobieta z baby blues?

Nie ma na to jednej odpowiedzi. Każda z nas jest indywiduum i może inaczej reagować na nową sytuację. Ja ciągle płakałam. Serce mi pękało, tęskniłam za domem, bolały mnie złośliwe komentarze, bo staram się ze wszystkich sił, żeby Mała była otoczona dobrą opieką. Czułam się bezradna, a każda doba wydłużała się niemiłosiernie. Potem bałam się, że może faktycznie sobie nie poradzę w nowej roli i miałam wrażenie, że teraz już wszystko będzie źle i życie mi się kończy. Z jednej strony szczęście i euforia, bo córka jest już ze mną. Z drugiej strony żal i przygnębienie. Ze skrajności w skrajność. Byłam zła na siebie, że w głowie pojawiają się takie myśli.

Inne mamy odczuwają jeszcze bardziej parszywe emocje. Nie mogą zaakceptować swojego “nowego” ciała. Czują, że otoczenie interesuje się tylko dzieckiem, zapominając już o nich. Nie mogą ogarnąć podstawowych czynności przy dziecku, przez co łapie je jeszcze większa frustracja. Myślą, że sobie nie poradzą i podświadomie zaczynają odrzucać dziecko. Na szczęście ten stan jest tylko chwilowy.

Jak poradzić sobie z baby blues?

W wielu przypadkach baby blues przechodzi samoistnie. Niestety jest również masa przykładów, gdzie przeradza się w depresję poporodową. Ja nawet nie prosząc, dostałam tonę wsparcia z zewnątrz, także od osób, których zainteresowania moim losem się nie spodziewałam. Wiedziałam, że mam do kogo zwrócić się o pomoc, komu się wypłakać. O każdej porze dnia i nocy. Korzystałam ile wejdzie. Wiedziałam, że moje życie się nie kończy, tylko teraz będzie po prostu inaczej. Co więc dzieje się po porodzie?

  • Widzisz swoje piersi. Non stop i wszędzie.
  • Nie śpisz w nocy.
  • Śpisz w dzień. Czasem.
  • Nie gotujesz obiadu. Świat się nie zawalił.
  • W domu jest bajzel. Mimo to wszyscy żyją.
  • Możesz pić kawę.
  • Zresztą dużo możesz.
  • Ciało się zmienia. Jeśli chcesz, to nie na zawsze. Ale musisz chcieć.

Nie rób nic na siłę. Jeśli karmienie piersią Ci nie leży, nie działaj wbrew sobie. Dziecko to wyczuje. Jest jak filtr przepuszczający nasze emocje. Wynikiem może być jego niepokój i rozdrażnienie.

Przed porodem warto rozmawiać jak najwięcej z kobietami, które jeszcze niedawno same rodziły. Nie z jakąś ciocią, która stała się matką 30-40 lat temu, ale przecież się zna. Chyba, że to empatyczna ciocia i jest etatową nianią swoich wnuków. Wtedy faktycznie się zna. Ale jeśli ma władcze podejście, wtedy nie słuchać. Oceni Cię i wylądujesz w szufladzie o nazwie “matka do bani”.

Pytajmy o wszystko. Nie tylko o obsługę dziecka, ale też to, jak się zachowywało po powrocie ze szpitala, jak sobie poradziły z pierwszymi problemami, czego można się spodziewać i jak przygotować się na niespodziewane. Pytajmy też o ich samopoczucie w tamtym czasie i sposób, w jaki sobie poradziły z ewentualnym przygnębieniem czy zmieniającym się ciałem.

Kluczowy jednak jest partner. Gdyby nie mój P. skończyłabym z depresją poporodową. To pewne. On non stop powtarzał mi, jaka jestem dzielna, piękna, dobra, a gdy opadałam z sił, zajmował się Małą. Zresztą nie tylko wtedy. Nie pozwolił mi zapomnieć, że jestem kobietą, a nie tylko dodatkiem do cycka. Sam namawiał, żebym nie zamykała się z dzieckiem, tylko tak planowała dzień, by móc jeszcze z kimś się spotkać. Do tej pory bardzo dba o równowagę w naszym życiu.

P. był świadomy tego, że istnieje baby blues. Wiedział też, co może być jego przyczyną i jak sobie z nim radzić. Sama starałam się go do tego przygotować, by w razie czego potrafił mi pomóc.


Dla mnie baby blues to wypadkowa hormonów, atmosfery w szpitalu i presji społecznej. Każda z nas jest narażona na ten stan. Jeśli jednak podejdziemy do niego prewencyjnie, przygotujemy się na najgorsze i nie damy zmanipulować presji społecznej, jest szansa, że baby blues nas nie dotknie. Pozostaje jeszcze kwestia położnych, ale to akurat trudno przeskoczyć. Chyba, że mamy prywatną, która fachowo zajmie się nami. Najważniejsze – baby blues to nie Twoja wina! Odpowiadają za niego hormony i masa czynników, na które nie masz wpływu. Dlatego nie obwiniaj się i poszukaj wsparcia w bliskich.

Teraz, mimo nocnego wstawania, chwil, gdy się nie dogadujemy, patrze na moje dziecko i jestem szaleńczo zakochana. A gdy patrze jak mój P. zajmuje się małą, jestem zakochana podwójnie i czuję się jak nastolatka! To wszystko jest do przejścia. Mimo że jeszcze będziemy bujać się po lekarzach i wiele zarwanych nocy przed nami, jestem w innym kosmosie i wcale nie mam zamiaru się z niego wynosić.

Morał z tego taki, że za mało mówi się o początkach macierzyństwa. Tak jak lukruje się czas ciąży, tak samo zniekształca się pierwsze chwile bycia matką. Bo przecież nie wypada mówić, że jest ciężko.

 

Dziewczyny! Dajcie koniecznie znać, jak wyglądały Wasze pierwsze dni po porodzie. Czy dotknął Was baby blues i jak sobie z nim poradziłyście? Naszymi historiami dajmy wsparcie przyszłym i świeżo upieczonym mamom!

 

 

 

Close