Dlaczego się sobie nie podobam?

“Nie podobam się sobie” – zapewne nie jedna z nas wydała ten surowy osąd. Jedne całkiem serio, inne tylko w chwili zwątpienia i wyczerpania. Co wpływa na taką samoocenę i co robić, by poczuć się piękną?


Podsumowując moje dotychczasowe życie, więcej miałam dni, gdy się sobie nie podobałam, niż gdy byłam zadowolona z tego jak wyglądam. Teraz też nie bardzo się sobie podobam. Przytyłam za dużo, puchnę w każdym miejscu ciała, jestem niezdarnym słoniem w składzie porcelany i …. modlę się o poród. Jednak od kilku lat, a jednocześnie do czasu gdy zaszłam w ciążę, było w miarę ok. Powiedzmy, że w normie. Nauczyłam się siebie akceptować i zrozumiałam z czego ten brak aprobaty wynikał. Wiem, że wiele kobiet boryka się z niską samooceną. Dlatego uznałam, że Międzynarodowy Dzień Urody to świetna okazja, by podzielić się rozmyślaniami na ten temat.

Wróćmy do korzeni

Zacznijmy od początku. Samoocena i poczucie własnej wartości to wypadkowa wielu czynników. Zależy od środowiska, w którym się wychowywaliśmy i rodziców. W przedszkolu uważałam, że jestem księżniczką i najpiękniejszą dziewczynką na ziemi. Rodzice i dziadkowie wciąż mi to powtarzali. Mimo że byłam puszystą kuleczką. Potem mi się schudło i tym bardziej nie miałam powodów do narzekań. W drugiej klasie podstawówki mocno zachorowałam. Brałam hormony, które sprawiły, że wróciłam do stanu z przedszkola. Wtedy już bardziej świadoma własnego ciała, przestałam uważać, ze wszystko jest ok. Zresztą ludzie są mniej wyrozumiali dla grubiutkiej dziewczynki w podstawówce niż w przedszkolu. Były więc przezwiska, które naprawdę bolały. Sytuacja mojej wagi unormowała się około 4-5 klasy podstawówki, ale ja wciąż uważałam, że jestem gruba. Nikt z bliskich nie rozmawiał ze mną na ten temat. Jeżeli narzekałam uważali, że to wymysły małej dziewczynki.  Rodzice wciąż pracowali, a ja byłam jednym z tych dzieciaków, które wracają do domu z kluczem na szyi i same muszą się ogarniać. Nie było sensu i czasu na jakieś dogłębne analizy.

Stan wiecznego niezadowolenia z siebie sprawił, że popadłam w perfekcjonizm. Mimo że nie podobała mi się moja twarz, włosy i ciało, chciałam by reszta aspektów życiowych na których mi zależy, była idealna. Ciężko też znosiłam porażki, a mama która częściej niż tata była w domu i miała na mnie większy wpływ, nieświadomie zamiast dopingować, bardziej dołowała. W szkole dostałam piątkę – spoko, przecież Cię na to stać, nie ma co się podniecać. Przyszłam z trójką, albo jeszcze gorzej – jedynką – był armagedon. Myślę, że wiele dzieciaków znało ten scenariusz. W efekcie sama zaczęłam myśleć, że jestem beznadziejna. Chociaż domowe relacje sprawiły, że byłam bardzo wrażliwa i empatyczna, źle odbiły się na mnie. A niska samoocena bardzo negatywnie wpływała na poczucie piękna. Przede wszystkim tego zewnętrznego.

Wniosek – pozytywne relacje z bliskimi przekładają się na poczucie własnej wartości i poczucie piękna.

Poza relacjami z rodzicami, wpływ na to, jak czujemy się sami ze sobą, ma także środowisko i to czy rodzice pokazali nam jak w nie wejść i sobie poradzić. Jedno dziecko zabierze drugiemu łopatkę, potem pójdzie wiązanka “ty gupi gupko”.  Jak poradzi sobie z tym dziecko, które w domu nie jest chwalone, a rodzice nie są wzorem w rozwiązywaniu sytuacji trudnych i konfliktowych?  Dzieci zawsze się przezywały i to się nie zmieni. Pytanie tylko, czy nauczymy się brać te przezwiska na klatę? A może pobiegniemy z płaczem do rodziców? Analogicznie sytuacja będzie wyglądała w życiu dorosłym, gdy dojdzie do spięć. Czy będziemy pot5rafili rozwiązać konflikt? A może czyjeś słowa tylko nas zranią, a my jeszcze bardziej zamkniemy się w sobie?

 Wniosek dla rodziców: Starajmy się wraz z dzieckiem znaleźć przyczynę jego niepowodzenia bądź konfliktu. Przeanalizujmy całą sytuację, wyciągnijmy wnioski i pokażmy, jak rozwiązać problem. Gdy dziecko się tego nauczy, łatwiej będzie mu stawiać czoła wyzwaniom. Gdy je pokona, na pewno wzrośnie jego poczucie własnej wartości i piękna.

Wygląd zewnętrzny i postrzeganie siebie

Zawsze byłam dla siebie bardzo surowa. Mimo że mam figurę klepsydry, kręcone blond włosy, które budzą zachwyt, pełne usta i podobno przenikliwe spojrzenie, przez wiele lat widziałam tylko za krótkie nogi, nie wystarczająco płaski brzuch, zbyt małe i na dodatek głęboko osadzone oczy, wielki nos i okrągłą twarz. No i oczywiście te okrutnie kręcone, nieposłuszne loki. Za jakie grzechy?! Jeszcze kilka mankamentów by się znalazło.

Kiedy udawało mi się coś osiągnąć, uważałam, że to normalne i każdy tak potrafi. Kiedy ponosiłam porażkę, czułam się tak, jakby to była największa katastrofa w moim życiu. To pokłosie m.in. domowej musztry. A przecież miałam tyle powodów do zadowolenia. Dostałam się na wybrane studia, mam najlepszych przyjaciół na świecie, szybko znalazłam pracę, nigdy nie byłam bierna w działaniach, potrafiłam dążyć do celu. Jednak zawsze było jakieś “ale”, które sprawiało, że chodziłam często przygnębiona, łapałam stany depresyjne, które mnie hamowały. Pamiętam, że w czasach szkolnych, gdy każdy miał jakieś sympatie, ja nigdy nie potrafiłam zauważyć sygnałów wysyłanych mi przez kolegów. Byłam jak taka ślepa kura, która na dodatek nie potrafi latać. Ja mu się podobam? Nie… na pewno przypadkiem na mnie spojrzał, albo zagadał, bo nie miał z kim rozmawiać. Chore, nie?

I tak ładna dziewczyna bez nadwagi i cellulitu, w lustrze widziała jakąś maszkarę. Gdy ktoś mi się przyglądał, uważałam, że patrzy z niedowierzaniem myśląc ” jaki brzydal”. Czułam, że nie jestem postrzegana jako ładna dziewczyna, chociaż powinnam. Dlaczego tak było? Bo nie szłam pewnym krokiem, nie umiałam patrzeć ludziom w oczy w trakcie rozmowy, często drżał mi głos. Jak więc człowiek, który całą mową ciała pokazuje, że źle mu w życiu i we własnej skórze, ma przyciągać do siebie innych? Jak ma nie bać się ryzykować i odnosić sukcesy? Nie da się.

Uroda to pojęcie względne

O tym wie chyba każdy. Ale czasem jak się głośno nie powie, to się nie liczy, więc o tym też chcę napisać.  To co dla części z nas jest piękne, innym może się zupełnie nie podobać. Wiadomo, jedni wolą blondynki, inni brunetki. Decydują też o tym wzorce piękna, wpajane nam w czasach wczesnej młodości. Nawet nieświadomie. W końcu musi być jakiś powód, przez który interesujemy się człowiekiem o określonym typie urody. Wygląd zewnętrzny to tylko jeden z czynników naszej atrakcyjności.

Zabrzmi to nieco trywialnie, ale koniec końców i tak wygrywa osobowość. Oczywiście, zawsze na pierwszy rzut oka będziemy zwracać uwagę na wygląd. Ale schludność i dbanie o siebie wpływa wyłącznie na pierwsze wrażenie. Dlatego zarówno sfera duchowa jak i ta zewnętrzna wpływają na urodę. Ludzie pogodni i pełni optymizmu przyciągają, budują pewną aurę i roztaczają wokół siebie tyle pozytywnej energii, że nie sposób im się oprzeć.

Nie mam zamiaru nikomu wmawiać, że uroda nie jest kluczem do wielu drzwi. Jest i trzeba o nią dbać. Dlatego codzienne rytuały jak pielęgnacja cery, zabiegi na włosy czy dłonie, a nawet delikatny makijaż są w stanie poprawić humor i sprawić, że będziemy czuć się ze sobą lepiej. Wiem, że wiele osób uzna to za słabe i powierzchowne, jednak zawsze bardziej przyciągnie ten, kto dba o wygląd, zdrowie, dobrze się odżywia, uprawia sport, ma pasję i coś ciekawego do powiedzenia.

Oto odpowiedź, dlaczego kobiety chodzą do fryzjera, kosmetyczki, robią paznokcie, rzęsy czy brwi. W ten sposób czują, że poświęcają czas i robią coś wyłącznie dla siebie. To takie mikro terapie psychologiczne, dzięki którym czujemy się piękniejsze i… bardziej pewne siebie. Przypomnijmy sobie programy z metamorfozami, których finałem zazwyczaj były łzy wzruszenia i konkluzje mówiące, że zmieniły ich życie na lepsze. Dlatego w dbaniu o urodę nie ma absolutnie nic złego. Byle nie przesadzić.

_mg_7208-3333_800x1200
foto: Fotografka Karolina Hrynek http://fotografka.olsztyn.pl/

Co sprawiło, że czuję się piękna?

Na to, jak w tej chwili postrzegam siebie, najbardziej wpłynął mój mąż. Dzięki temu, że dla niego jestem piękna i mimo mało wylewnego charakteru potrafi mi to pokazać, czuję się bardziej dowartościowana. Kolejny aspekt to na pewno sukcesy zawodowe. Duże znaczenie ma dla mnie to, czy czuję się spełniona w tym co robię. Bardzo pomogła mi również praca w mediach. Prowadząc programy na żywo, spotykając się z przeróżnymi rozmówcami, a następnie prowadząc biuro reklamy, nauczyłam się, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Nie mogę też zapomnieć o blogu. Odczarował moje zbyt surowe postrzeganie siebie, a sukcesy jakie odnotowałam w trakcie jego prowadzenia, są dowodem i potwierdzeniem tego, że mogę, potrafię i jeszcze sprawia mi to neowitalistą frajdę.

Ważne jest też nastawienie. Kiedy mam zły humor, a muszę coś załatwić i na dodatek wyjść do ludzi, staram się zebrać w sobie i poszukać jakichkolwiek pozytywów. Powtarzam wtedy “uśmiechnij się, a świat uśmiechnie się do Ciebie”. Wiem, że to nie jest łatwe, ale potrafi zdziałać cuda, bo tą pozytywną energią dzielę się z innymi i potem naprawdę jest mi fajnie. Warto to przetestować wchodząc do sklepu bądź urzędu. Nieżyczliwa ekspedientka czy urzędniczka na widok bardzo miłej, uśmiechniętej osoby o ciepłym i miękkim głosie, sama… wymięka. Przetestowane! Sprawdźcie 🙂

Chcę tym tekstem niepewnym siebie i czującym się nieatrakcyjnie pokazać , że wszystko zależy wyłącznie od nas. To co siedzi w naszych głowach, bardzo szybko jest zdradzane światu. Mój mąż zawsze powtarza, że kobieta jest piękna, gdy się taka czuje. Nie sądzicie, że jest w tym wiele racji?

 

Jakie są Wasze przemyślenia na temat urody, jej względności i pewności siebie. I tak szczerze… czy zawsze czujecie się piękne?

Close