Inglot – polska marka kosmetyków do makijażu. Recenzja wybranych produktów.

Od pewnego czasu baczniej przyglądam się polskim kosmetykom. Uważam, że na rodzimym runku jest wiele firm godnych uwagi, a przede wszystkim wyboru. Inglot to właśnie jedna z nich.

Zapewne niektóre z Was wytrzeszczyły teraz oczy ze zdumienia i zadają sobie pytanie: “to Inglot jest polski?”. Ależ tak kochane! Nazwa pochodzi od nazwiska założyciela konsorcjum. Wojciech Inglot po zakończeniu studiów chemicznych na UJ, w 1983 roku w Przemyślu otworzył firmę, która dziś jest jedną z bardziej znanych marek kosmetycznych na świecie. Można? Można!
Tyle o historii. Przejdźmy do kosmetyków. Pierwszymi, z którymi się zetknęłam były oczywiście lakiery do paznokci. Nie znam Polki, która chociaż raz, nawet gdzieś przypadkiem u koleżanki, nie maznęłaby paznokcia lakierem Inglot. Cechuje je wysoka trwałość, a przede wszystkim wielka gama kolorystyczna. Można znaleźć odcień jaki tylko sobie wymarzymy. Są niesamowicie wydajne. Co więcej, długo nadają się do użycia. Nawet bez potrzeby trzymania w lodówce, ich gęstość przez co najmniej  rok nie budzi żadnych zastrzeżeń.Pojemność buteleczki: 8 ml cena: 20 zł.
Pomadka. Jeden z moich atrybutów, między innymi podczas wieczornych spotkań, to mocno pomalowane usta – najlepiej na krwistoczerwony kolor (chyba już to zauważyłyście). Szminki Inglot używam od jakichś dwóch lat. Kolor jest wyrazisty, już pierwsza warstwa wystarczy, do uzyskania intensywnej barwy. Niestety nie jest to kosmetyk trwały, tak więc zabezpieczam ją nakładając usta podkład, następnie kilka warstw szminki naprzemiennie z pudrem w kamieniu bądź sypkim. Wtedy kosmetyk dłużej utrzymuje się na ustach. (nr odcienia: 868) Cena: 21 zł
Pomadka Inglot nr 868, konturówka Inglot nr 72

Do tak intensywnych barw przyda się konturówka, by precyzyjnie wykonać makijaż ust. Do mojej pomadki najlepiej pasuje konturówka nr 72 (cena 18 zł).  Dobrze komponuje się z kolorem szminki.
Średnio twarda, precyzyjnie wykonamy nią obrys konturu ust. Nie ma co się nad nią zbyt długo pochylać. Konturówka cudów nie uczyni, jeżeli nie potrafimy jej użyć.
Eyeliner w żelu Inglot, nr 77

Jakiś czas temu tutaj pisałam o eyelinerach. Wspomniałam, że jeszcze nie zdarzyło mi się używać kosmetyku w słoiczku do robienia kresek z oddzielnym pędzelkiem. Nadszedł ten czas. Kupiłam czarny wodoodporny eyeliner  Inglot w żelu (nr 77, cena 34 zł) plus pędzelek, również Inglot (rozmiar 31T, cena: 19 zł). Ogólnie jestem zadowolona, ale jest kilka minusów. Wprawiona ręka poradzi sobie z namalowaniem kreski o odpowiedniej grubości. Amatorki będą musiały trochę poćwiczyć. Sam kosmetyk – bez zastrzeżeń. Gęsty, nie rozmazuje się przy nakładaniu. Wystarczy jeden ruch, by uzyskać kreskę o odpowiedniej grubości i głębokim odcieniu czerni. Nie jest tak trwały jak wcześniej opisywany Max Factor, ale po 8. godzinach spędzonych w pracy, wciąż trzyma się na powiece, więc poprawki są zbędne.

Makijaż oka: baza na powieki KOBO, cień miss spoty, eyeliner Inglot, kredka Avon, tusz Maybelline Colosal Volume
Natomiast więcej zachodu jest z pędzelkiem Inglota. Jeżeli o niego nie dbamy, tzn nie czyścimy z nadmiaru kosmetyku, po pewnym czasie włoski się sklejają, a czarna maź zasycha. Tak więc systematyczność w czyszczeniu pędzelka po każdorazowym użyciu eyelinera, jest wskazana. Jeżeli się na niego zdecydujecie, nie wyrzucajcie przezroczystego pokrowca, w który będzie zapakowany przy zakupie. Przyda się na wyjazd, by nie zniekształcić włosia pędzelka. Moim zdaniem produkt nie nadaje się do kosmetyczki, którą nosimy w torebce. Także na weekendowe wyjazdy wybieram produkty, które nie są problematyczne.
Róż w kremie Inglot nr 84

Róż w kremie (cena 24 zł). To kolejny kosmetyk, na który miałam chrapkę od jakiegoś czasu. Jeżeli tak jak chcecie, by rumieńce na twarzy wyglądały naturalnie i lekko, to jest produkt dla Was. Numer, którego używam to 84. Moim zdaniem to kolor z odcieni różu, ale ekspedientka powiedziała, że brzoskwinia, więc kłócić się nie będę. Do różu najlepiej dokupić do niego gąbeczkę, którą będzie aplikowany kosmetyk. Dzięki temu na kościach policzkowych nie będzie smug, nie zauważymy też “granic” jego nałożenia. Nakładamy na podkład, całość wykańczamy pudrem sypkim. No właśnie….
Puder sypki Inglot (numer 14, cena 39 zł) to zaraz obok różu, mój zdecydowany faworyt pośród produktów tej firmy. Uwierzycie, że istnieje puder sypki, który tuszuje pory? Też nie wierzyłam, a jednak! Borykam się z rozszerzonymi porami na nosie, dzięki niemu naprawdę ich nie widać!. Ten produkt Inglota zasługuje na pięć gwiazdek w pięciostopniowej skali! Jest kropką nad “i” w całym makijażu. Lekka konsystencja powoduje, że nie czuję na twarzy efektu maski. Szczerze polecam!
A Wy? Macie swoich faworytów w produktach marki Inglot? Lubicie kosmetyki tej firmy? A może używacie tych, o których napisałam? Czekam na Wasze komentarze!

Close